Loading...

Nie­wie­le ist­nie­je w naszej kul­tu­rze podob­nie zna­nych i cele­bro­wa­nych wytwo­rów arty­stycz­nych jak kolę­dy i pasto­rał­ki. Te nie­wiel­kie utwo­ry muzycz­ne zwią­za­ne ze świę­ta­mi Boże­go Naro­dze­nia zro­bi­ły osza­ła­mia­ją­cą karie­rę i nie ma chy­ba w naszym kra­ju czło­wie­ka, któ­ry nie potra­fił­by zanu­cić kil­ku wer­sów jed­nej z dzie­się­ciu naj­po­pu­lar­niej­szych kolęd. Co sta­no­wi o sile kolęd? Świę­ta Boże­go Naro­dze­nia w hie­rar­chii kościel­nych świąt sto­ją niżej od obrzę­dów wiel­ka­noc­nych, ale to one są bar­dziej żywio­ło­we, peł­ne wymow­nej sym­bo­li­ki i, co tu ukry­wać, znacz­nie bar­dziej komer­cyj­ne. Takie uwa­run­ko­wa­nia i dłu­go­wiecz­na tra­dy­cja wspól­ne­go śpie­wu przy wigi­lij­nym sto­le powo­du­ją, że kolę­dy prze­trwa­ły, co wię­cej, ewo­lu­owa­ły i czę­ścio­wo zmie­ni­ły swój pier­wot­ny charakter.

Manuskrypt kolędy Cicha noc
Manu­skrypt kolę­dy Cicha noc
Museum Caro­li­no Augu­steum w Salzburgu

Sło­wo kolę­da pocho­dzi od łaciń­skie­go calen­dae, któ­ry to wyraz ozna­czał pierw­szy dzień mie­sią­ca. Oczy­wi­ście inte­re­su­ją­ca nas kalen­da to 1 sty­czeń, a w sta­ro­żyt­nym Rzy­mie ta data wią­za­ła się z wza­jem­nym obda­ro­wy­wa­niu się pre­zen­ta­mi ku czci boga Janu­sa. Jed­no­cze­śnie w tra­dy­cji pogań­skiej ist­nia­ły uro­czy­sto­ści świę­to­wa­nia naj­dłuż­szej nocy w roku (22 – 23 grud­nia), któ­ra była poświę­co­na Mitrze. Kościół zaanek­to­wał te tra­dy­cje i usta­no­wił dzień 24 grud­nia jako świę­to naro­dzin Chry­stu­sa. Pierw­sze kolę­dy powsta­ły z prze­kształ­ceń zmien­nych czę­ści mszy i ora­to­riów. Do budo­wy pierw­szych kolęd uży­wa­no ist­nie­ją­cych frag­men­tów mszal­nych, do któ­rych dokła­da­no tekst opo­wia­da­ją­cy o naro­dzi­nach Pana. Póź­niej­sze kolę­dy wymy­śla­ne były przez ano­ni­mo­wych wagan­tów, rybał­tów i goliar­dów, ich kom­po­no­wa­niem zaj­mo­wa­li się tak­że duchow­ni klasz­tor­ni. Kolę­dy powsta­wa­ły w klasz­to­rach (np. czu­łe, macie­rzyń­skie kolę­dy sióstr kar­me­li­ta­nek) i na dwo­rach, w śro­do­wi­sku żaków czy służ­by kościel­nej. Jak­kol­wiek ogrom­na więk­szość kolęd powsta­ła w łonie Kościo­ła kato­lic­kie­go, nie brak jed­nak­że zbio­rów kolęd lute­rań­skich, kal­wiń­skich, czy nawet husyc­kich. Kolę­dy są zja­wi­skiem kul­tu­ro­wym, zwłasz­cza na naszej pol­skiej zie­mi, gdzie ilość zna­nych, względ­nie opi­sa­nych kolęd osią­ga licz­bę ponad pół tysiąca.

Przy­pusz­cza się, że kolę­dy pol­skie powsta­wa­ły naj­pierw w śro­do­wi­sku fran­cisz­kań­skim. Nale­ży tu jed­nak przy­po­mnieć, że sam ter­min „kolę­da” w zna­cze­niu pie­śni bożo­na­ro­dze­nio­wej usta­lił się dopie­ro w XVII wie­ku. Naj­star­sza w kano­nie kościel­nym jest kolę­da „Anioł paste­rzom mówił”, któ­ra pocho­dzi z XVI w. W XVII w. powsta­ły kolę­dy: „Przy­bie­że­li do Betle­jem paste­rze”, „Trium­fy Kró­la Nie­bie­skie­go” i „W żło­bie leży, któż pobie­ży”, nato­miast w wie­ku XVIII: „Lulaj­że Jezu­niu”, „Jezus malu­sień­ki” i „Bóg się rodzi”. W XIX w. popu­lar­ne są kolę­dy: „Gdy się Chry­stus rodzi”, „Pójdź­my wszy­scy do sta­jen­ki”, „Wśród noc­nej ciszy”, „Dzi­siaj w Betle­jem”, „Mędr­cy świa­ta, monar­cho­wie” czy „Mizer­na, cicha, sta­jen­ka licha”. Wie­ki XVII i XVIII to szczy­to­wy okres roz­wo­ju kolęd i czas, kie­dy wykwi­ta jesz­cze jed­no źró­dło kolęd — twór­czość poetyc­ka. Kolę­dy pisa­li rene­san­so­wi i baro­ko­wi mistrzo­wie pió­ra. Do kano­nu kościel­ne­go weszła pieśń uło­żo­na przez Pio­tra Skar­gę („W żło­bie leży, któż pobie­ży”), Fran­cisz­ka Kar­piń­skie­go („Bóg się rodzi, moc tru­chle­je”) czy przez roman­tycz­ne­go poetę — Józe­fa Lenar­to­wi­cza („Mizer­na, cicha, sta­jen­ka licha”). Ale kolę­da to tak­że samo­dziel­ny gatu­nek poetyc­ki nie­zwy­kle roz­po­wszech­nio­ny w pol­skiej poezji. Jest on nie­zwy­kle żywy aż do XIX w., kie­dy usta­la się osta­tecz­ny „kanon” kolęd wyko­ny­wa­nych w kościo­łach, w cza­sie mszy i nabo­żeństw bożo­na­ro­dze­nio­wych, a pozo­sta­łe utwo­ry sta­ją się kościel­nym czy też reli­gij­nym obie­giem „nie­ofi­cjal­nym”.

W XVII wie­ku kry­sta­li­zu­je się tak­że spe­cy­ficz­na for­ma kolę­dy, czy­li pasto­rał­ka. Jest to utwór, w któ­rym domi­nu­je treść paster­ska, bar­dziej przy­stęp­na dla prze­cięt­ne­go odbior­cy. Jest to tak­że okres nacjo­na­li­za­cji kolęd. Dzię­ki temu pro­ce­so­wi paste­rze w pol­skich kolę­dach noszą swoj­skie imio­na jak Woj­tek, Kuba czy Jasiek, na zewnątrz sta­jen­ki panu­je mroź­na zima, przed żłób­kiem klę­ka­ją zwie­rzę­ta hodo­wa­ne w Euro­pie, a Świę­tą Rodzi­nę do snu koły­szą nie pal­my, lecz sosny i świerki.

Bar­dzo inte­re­su­ją­cą for­mą kolę­dy jest wyro­sła na pol­skim grun­cie kolę­da patrio­tycz­na. Szcze­gól­nie ukie­run­ko­wa­na na naszą naro­do­wą mar­ty­ro­lo­gię, bar­dzo tra­gicz­na w war­stwie tek­sto­wej, mają­ca cha­rak­ter pro­szal­ny. Para­fra­zy kolęd prze­ka­zy­wa­ły czę­sto tre­ści, któ­ry­mi żyli w danym cza­sie Pola­cy. Stąd w kolę­dach zna­leźć moż­na stro­fy i sło­wa bun­tow­ni­cze, zaka­za­ne przez cen­zu­rę. Powsta­wa­ły też nowe utwo­ry. Dla­te­go kolę­dy pol­skie są tak­że świa­dec­twem minio­nych epok, ich wyda­rzeń i idei. Naj­wcze­śniej­sze kolę­dy patrio­tycz­ne pocho­dzą z okre­su powstań naro­do­wych („Do sta­jen­ki Pola­cy przy­by­li i pyta­ją Pana: Czy się też odro­dzi Ojczy­zna kocha­na? Dzie­ciąt­ko się śmie­je, więc miej­my nadzie­ję”), z cza­sów obu wojen świa­to­wych (np. zna­na kolę­da „Nie było miej­sca dla Cie­bie” zosta­ła napi­sa­na w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym w Gusen), aż po ostat­nie zawi­ro­wa­nia minio­nej epo­ki („Kolę­da inter­no­wa­nych” Macie­ja Zemba­te­go). Nie­wąt­pli­wie z patrio­tycz­nych pobu­dek nasz naj­więk­szy roman­tyk, Fry­de­ryk Cho­pin, zawarł w swo­im słyn­nym Sche­rzo h – moll fra­zę z kolę­dy „Lulaj­że Jezu­niu”.

Święta Rodzina - dominujący temat kolęd i pastorałek
Świę­ta Rodzi­na — domi­nu­ją­cy temat kolęd i pastorałek

Tek­sty kolęd są zwar­te tema­tycz­nie; poja­wia się w nich naj­czę­ściej obraz sta­jen­ki, Maryi i Józe­fa i Dzie­ciąt­ka w żło­bie. Przez wie­ki dołą­cza­no do tego kano­nu inne sym­bo­licz­ne ele­men­ty, nawet nie­zgod­ne z duchem Ewan­ge­lii. I tak w żłób­ku poja­wi­ły się klę­ka­ją­ce zwie­rzę­ta, nad sta­jen­ką zabły­sła Gwiaz­da Betle­jem­ska, Jezu­sa zaczę­li odwie­dzać paste­rze i kró­lo­wie. W nie­któ­rych opra­co­wa­niach nowo naro­dzo­ny Bóg prze­pro­wa­dza nawet kon­wer­sa­cję z odwie­dza­ją­cy­mi. Czę­sto, szcze­gól­nie w pasto­rał­kach, poja­wia­ją się w tek­ście ele­men­ty humo­ry­stycz­ne, prze­waż­nie zwią­za­ne z paste­rza­mi. Styl jest pro­sty, pozba­wio­ny kwie­ci­sto­ści i malow­ni­czych opi­sów, wyróż­nia się mno­go­ścią zdrob­nień i infan­ty­li­zmów („Dzie­cią­tecz­ko”, „żłó­be­czek”). Ela­stycz­ność sty­lu języ­ko­we­go sprzy­ja powsta­wa­niu wie­lu róż­no­rod­nych typów kolęd. Spo­ty­ka­my bowiem kolę­dę koły­san­kę, kolę­dy ado­ru­ją­ce, życze­nio­we, win­szu­ją­ce, oby­cza­jo­we, rado­sne, ale tak­że peł­ne dolo­ry­zmu z wizją dra­ma­tu ocze­ku­ją­cej Męki Odku­pień­czej itd.

For­ma muzycz­na jest zróż­ni­co­wa­na. Z zało­że­nia kolę­dy powin­ny być rado­sne, ponie­waż Boże Naro­dze­nie jest świę­tem rado­snym. Ale są rów­nież koły­san­ki, np. “Lulaj­że Jezu­niu”. Pasto­rał­ki mają czę­sto ryt­my ludo­we: polo­ne­za, mazur­ka, kra­ko­wia­ka (np. kolę­dy “Bóg się rodzi” i “W żło­bie leży” są polo­ne­za­mi). Muzy­ka kolęd jest tra­dy­cyj­na i kon­wen­cjo­nal­na. Ostre har­mo­nie w uwspół­cze­śnio­nych opra­co­wa­niach nie bar­dzo pasu­ją do kolęd i o ile Witol­do­wi Luto­sław­skie­mu uda­ło się połą­czyć tra­dy­cję z nowo­cze­sno­ścią (jego opra­co­wa­nia kolęd są wciąż bar­dzo popu­lar­ne i chęt­nie wyko­ny­wa­ne), to w ostat­nich cza­sach poja­wi­ło się wie­le kolę­do­wych opra­co­wań, będą­cych (oględ­nie mówiąc) nie­praw­do­po­dob­nym kiczem. Ale z dru­giej stro­ny nie moż­na nie dostrze­gać powsta­wa­nia nowych utwo­rów o cha­rak­te­rze bożo­na­ro­dze­nio­wym, gdzie współ­cze­sne brzmie­nia są w peł­ni uza­sad­nio­ne, a jed­no­cze­śnie nie­rzad­ko dzie­ła te wręcz ema­nu­ją cie­płem i świą­tecz­nym kli­ma­tem, tak potrzeb­nym nam wszyst­kim i to nie tyl­ko od święta.

Współ­cze­sna kolę­da poetyc­ka to utwo­ry, któ­rych tema­tem — podob­nie jak w kolę­dzie kano­nicz­nej — są wyda­rze­nia zwią­za­ne z naro­dzi­na­mi Jezu­sa. Z regu­ły utwo­ry te nawią­zu­ją do wypra­co­wa­nych wzor­ców kolę­do­wych i sta­no­wią ich sty­li­za­cję bądź imi­ta­cję. Czę­sto jed­nak wyci­sza­ją swą ludo­wą pro­we­nien­cję, podej­mu­jąc pro­ble­ma­ty­kę uni­wer­sal­ną lub też naro­dzi­ny Boga na zie­mi sta­ją się pre­tek­stem, by opo­wie­dzieć o aktu­al­nej rze­czy­wi­sto­ści i współ­cze­snych pro­ble­mach. Wów­czas to naro­dzi­ny Boże­go Dzie­ciąt­ka dzie­ją się „tu i teraz”, albo też motyw naro­dzin Jezu­sa sta­je się wręcz jedy­nie tłem. Nie­kie­dy zaś nazwą „kolę­da” zosta­ją opa­trzo­ne takie tek­sty, któ­re nawią­zu­ją do kano­nicz­ne­go wzor­ca kolę­do­we­go tyl­ko poprzez sty­li­sty­kę wypo­wie­dzi, cytat ze zna­nej kolę­dy lub prze­ję­cie dobrze zna­ne­go motywu.

Tra­dy­cja kolę­do­wa­nia naka­zu­je wspól­ne śpie­wa­nie, jed­nak my naj­czę­ściej pozwa­la­my, by w naszych domach roz­brzmie­wa­ła muzy­ka z płyt, a naszą rolę przej­mo­wa­li arty­ści. Domi­nu­ją popu­lar­ne do dzi­siaj opra­co­wa­nia kolęd przez Ire­nę San­tor lub zespół „Mazow­sze”, nie­co mniej­szą uwa­gę przy­ku­wa­ją inter­pre­ta­cje współ­cze­snych nam twór­ców (Ani­ta Lip­nic­ka, Kasia Kowal­ska, Mie­tek Szczę­śniak, rodzi­na Pospie­szal­skich czy bra­cia Golec). Takie nasta­wie­nie pro­wo­ku­je rów­nież oso­by nie­zwią­za­ne ze sztu­ką do podej­mo­wa­nia swo­istych hap­pe­nin­gów świą­tecz­nych, cze­go naj­lep­szym przy­kła­dem było sła­wet­ne wyko­na­nie przez naszych poli­ty­ków kolę­dy „Wśród noc­nej ciszy”. Szko­da tyl­ko, że tak nie­wie­le wkła­da­my wysił­ku w nasze wła­sne kolę­do­wa­nie. Nie prze­ma­wia­ją do mnie argu­men­ty, że ktoś jest nie­mu­zy­kal­ny (co to w ogó­le za sło­wo?), że nie lubi śpie­wać, itp. Sko­rzy­staj­my z mądro­ści naszych przod­ków, któ­rzy zosta­wi­li nam tak boga­te tra­dy­cje. Kie­dy więc spo­tka­cie się z bli­ski­mi przy wspól­nym sto­le, kie­dy zabły­śnie pierw­sza gwiazd­ka na nie­bie, nie rzu­caj­cie się od razu na jedze­nie i pre­zen­ty. Spró­buj­cie naj­pierw zaśpie­wać – gwa­ran­tu­ję, że poczu­je­cie się lepiej. O tym, dla­cze­go war­to śpie­wać kolę­dy, mówi ks. Jan Twardowski:

Dla­cze­go śpie­wa­my kolę­dy?
Dla­te­go, żeby uczyć się miło­ści od Pana Jezu­sa.
Dla­te­go, żeby poda­wać sobie ręce.
Dla­te­go, żeby się uśmie­chać do sie­bie.
Dla­te­go, żeby sobie prze­ba­czać.
Żeby żad­na cza­ro­dziej­ka po trzy­dzie­stu latach nie sta­wa­ła się czarownicą.

Ukształ­to­wa­nie się sie­ci Inter­net przy­nio­sło nie­wąt­pli­we korzy­ści i pozwo­li­ło na prak­tycz­nie nie­ogra­ni­czo­ną wymia­nę infor­ma­cji. Dzię­ki glo­bal­nej sie­ci World Wide Web moż­na bar­dzo niskim kosz­tem i w bły­ska­wicz­nym tem­pie zarów­no prze­ka­zać, jak i ode­brać infor­ma­cję. Pły­ną z tego nie­ba­ga­tel­ne uła­twie­nia, ale nale­ży zasta­no­wić się tak­że nad nie­ko­rzyst­nym wpły­wem takie­go sta­nu rze­czy. Inter­net, przy swo­jej wiel­ko­ści i bra­ku punk­tu cen­tral­ne­go jest prak­tycz­nie nie­kon­tro­lo­wal­ny, a co za tym idzie, nie pod­le­ga weryfikacji.

Wia­do­mość nie­zwe­ry­fi­ko­wa­na może wpro­wa­dzić odbior­cę w błąd, a dzię­ki kolej­nym repli­ka­cjom obie­ga dużą licz­bę osób, two­rząc tym samy infor­ma­cyj­ny cha­os. Jesz­cze więk­szy pro­blem poja­wia się w momen­cie, gdy infor­ma­cja obję­ta jest pra­wem autor­skim. A tak wła­śnie dzie­je się w przy­pad­ku pli­ków zawie­ra­ją­cych utwo­ry muzyczne.

Muzy­ka i Inter­net to dziś nie­roz­łącz­ni kochan­ko­wie
źró­dło: www.blog.sherweb.com

Na feno­men popu­lar­no­ści muzy­ki sie­cio­wej skła­da się dostęp­ność Inter­ne­tu i opra­co­wa­nie sku­tecz­nej meto­dy kom­pre­sji danych zwa­nej MPEG Lay­er 3 (mp3), któ­ra pozwa­la w znacz­ny spo­sób zmniej­szyć roz­miar pli­ku (jest to mniej wię­cej jed­na dzie­sią­ta war­to­ści nie­skom­pre­so­wa­nej). W prak­ty­ce wyglą­da to tak, że na jeden mega­bajt pli­ku przy­pa­da jed­na minu­ta muzy­ki (ta pro­por­cja może ulec zmia­nie w przy­pad­ku zwięk­szo­ne­go lub zmniej­szo­ne­go pozio­mu prób­ko­wa­nia). Takie zmi­ni­ma­li­zo­wa­nie roz­mia­ru pli­ku pozwo­li­ło na sze­ro­kie upo­wszech­nie­nie tego for­ma­tu. I nie było­by pro­ble­mu, gdy­by inter­nau­ci publi­ko­wa­li swo­je wła­sne utwo­ry, jed­nak zde­cy­do­wa­na więk­szość użyt­kow­ni­ków umiesz­cza w sie­ci utwo­ry praw­nie chro­nio­ne. Dodat­ko­wym uła­twie­niem jest powszech­ne sto­so­wa­nie nośni­ka kom­pak­to­we­go (CD), co likwi­du­je potrze­bę zamia­ny zawar­to­ści ana­lo­go­wej na cyfro­wą i uła­twia pro­ces kompresji.

Inter­nau­ci pró­bu­ją się bro­nić umiesz­cza­jąc na witry­nach oświad­cze­nia, że zamiesz­czo­ne na nich utwo­ry są dostęp­nie tyl­ko do celów demon­stra­cyj­nych, obję­te są pra­wem autor­skim i nale­ży usu­nąć je z dys­ku po upły­wie okre­ślo­ne­go cza­su. Tyle że same pli­ki .mp3 nie posia­da­ją żad­nych mecha­ni­zmów blo­ku­ją­cych, więc de fac­to moż­na ich uży­wać per­ma­nent­nie. Innym popu­lar­nym zabie­giem jest zamia­na roz­sze­rze­nia nazwy pli­ku (naj­czę­ściej na .zip), aby uciec przed pro­gra­ma­mi ska­nu­ją­cy­mi sieć w poszu­ki­wa­niu nie­le­gal­nych mate­ria­łów. Po sko­pio­wa­niu wystar­czy jedy­nie z powro­tem zmie­nić roz­sze­rze­nie na .mp3 i utwór jest goto­wy do odtwa­rza­nia. Przy­po­mi­na to wybie­gi XIX-wiecz­nych Żydów, któ­rym Tal­mud zabra­niał podró­ży w sza­bas, z wyjąt­kiem podró­ży na wodzie. Zmyśl­ni Żydzi wybie­ra­jąc się w dzień świę­ty w podróż lądo­wą, wkła­da­li nogi do cebra z wodą i tym samym zwal­nia­li się z zaka­zu. Takie oszu­ki­wa­nie Boga. Ana­lo­gia jest peł­na, zarów­no w pierw­szym, jak i w dru­gim przy­pad­ku. Nie moż­na ocze­ki­wać, że kon­su­ment ska­su­je pli­ki po wysłu­cha­niu, a inny nie będzie potra­fił doko­nać zmia­ny roz­sze­rze­nia. Oszu­ki­wa­nie leży w natu­rze ludzi, któ­rzy dosko­na­le wie­dzą, że takie dzia­ła­nie jest bez­praw­ne, lecz w prak­ty­ce ignorowane.

Popu­lar­na sieć wymia­ny zaso­bów w Pol­sce
źró­dło: www.chomikuj.pl

Ina­czej jest w przy­pad­ku sie­ci zwa­nych peer-to-peer (p2p), czy­li sie­ci sku­pia­ją­cych fizycz­nych użyt­kow­ni­ków i ich pli­ki muzycz­ne. Są to olbrzy­mie zbio­ry, roz­mia­ra­mi się­ga­ją­ce kil­ku lub kil­ku­na­stu tera­baj­tów (w przy­pad­ku, gdy jed­no­cze­śnie do sie­ci logu­je się oko­ło trzech tysię­cy użyt­kow­ni­ków) o wiel­kiej róż­no­rod­no­ści sty­li­stycz­nej. Opie­kę i kon­tro­lę nad sie­cia­mi p2p spra­wu­ją kon­kret­ne fir­my, co powo­du­je, że regu­lar­nie dąży się do ich likwi­da­cji i zaprze­sta­nia pirac­kie­go pro­ce­de­ru. Jest to jed­nak wal­ka bez­sen­sow­na, ponie­waż na miej­sce jed­ne­go zamknię­te­go ser­wi­su powsta­je kil­ka następ­nych, a pra­wo wyma­ga, aby pro­ce­du­ry doty­czy­ły kon­kret­nej sie­ci, a nie całej tech­no­lo­gii p2p. Tak było z przo­du­ją­cy­mi sie­cia­mi, Napste­rem i Audio­ga­la­xy. W ich obsza­rze dzia­ła­nia natych­miast poja­wi­ła się świet­nie pro­spe­ru­ją­ca Kazaa, a tak­że sze­reg mniej­szych ser­wi­sów jak eDon­key (obec­nie wysu­wa­ją­cy się w ran­kin­gach popu­lar­no­ści na pierw­sze miej­sce), Soul­se­ek, WinMX czy Bear­Sha­re. Taka stra­te­gia dopro­wa­dzi­ła obroń­ców praw autor­skich do skie­ro­wa­nia swo­ich ata­ków na indy­wi­du­al­nych użyt­kow­ni­ków. Fizycz­ność odbior­ców sie­ci p2p umoż­li­wia ich pre­cy­zyj­ną loka­li­za­cję i wyto­cze­nie pro­ce­su. Ale jak okre­ślić szko­dli­wość popeł­nio­nych przez nich czy­nów? Ostat­nio ame­ry­kań­skie sto­wa­rzy­sze­nie RIAA (odpo­wied­nik pol­skie­go ZAIKS‑u) wyto­czy­ło pro­ce­sy sądo­we kil­ku­dzie­się­ciu oso­bom aktyw­nie korzy­sta­ją­cym z sie­ci Kazaa, jed­nak wywo­ła­ło to jedy­nie obu­rze­nie spo­łecz­ne (ludzie chcą żyć w pań­stwie pra­wa, ale lubią też dar­mo­wą muzy­kę), RIAA w wie­lu przy­pad­kach zwy­czaj­nie się skom­pro­mi­to­wa­ła (np. oskar­ża­jąc 12-let­nią dziew­czyn­kę), a ponad­to, sądząc po aktyw­no­ści sie­ci p2p, na inter­nau­tach nie zro­bi­ło to wiel­kie­go wrażenia.

Pro­blem jed­nak pozo­sta­je i jest to pro­blem poważ­ny. Z jed­nej stro­ny pra­wa autor­skie, z dru­giej – ocze­ki­wa­nia kon­su­men­tów. Nie­daw­no fir­ma Apple zna­na z pro­duk­cji kom­pu­te­rów Macin­tosh wpro­wa­dzi­ła w życie plan kom­pro­mi­so­wy. Otóż sprze­da­je ona pli­ki muzycz­ne po bar­dzo niskich (war­to­ści kil­ku cen­tów) cenach, ale jed­no­cze­śnie ofe­ru­je je w for­ma­cie pozwa­la­ją­cym na odtwa­rza­nie ich wyłącz­nie w pro­du­ko­wa­nych przez Apple cyfro­wych odtwa­rza­czach iPod. Zatem i fir­ma zara­bia i użyt­kow­nik na tym nie tra­ci. Więc może tędy dro­ga? Ludzie mają jed­nak skłon­no­ści do kom­bi­na­cji i nie wró­żę temu pro­jek­to­wi spek­ta­ku­lar­ne­go suk­ce­su. Spra­wę roz­wią­za­ły­by może pli­ki .mp3, któ­re po upły­wie 24 godzin ule­gły­by autodestrukcji.

Pra­wa auto­rów są ich nie­zby­wal­ny­mi pra­wa­mi, nie moż­na jed­nak zapo­mi­nać, jakie korzy­ści nie­sie ze sobą tech­no­lo­gia .mp3. Moż­na wysłu­chać nowo­ści, zanim te jesz­cze poja­wią się na skle­po­wych pół­kach. Moż­na w sie­ci wyna­leźć utwo­ry zespo­łów, któ­rych doko­na­nia nie są sze­ro­ko roz­po­wszech­nia­ne, mają cha­rak­ter lokal­ny, co zresz­tą nie zna­czy, że są gor­sze od „ofi­cjal­nie” uzna­nych gwiazd. Jest to wresz­cie moż­li­wość otrzy­ma­nia utwo­rów i wyko­nań archi­wal­nych, któ­rych już nawet na gieł­dach i w anty­kwa­ria­tach nie moż­na dostać. Inter­nau­ci z regu­ły chęt­nie udo­stęp­nia­ją swo­je zaso­by muzycz­ne, a czę­sto moż­na w nich zna­leźć praw­dzi­we perełki.

Poja­wia się zatem para­doks. Z jed­nej stro­ny odpo­wia­da nam dar­mo­wa biblio­te­ka popu­lar­nych „empe­tró­jek”, z dru­giej, nie chce­my okra­dać arty­stów z ich cięż­kiej pra­cy wie­dząc, że nie mając środ­ków do pro­duk­cji – nie będą pro­du­ko­wać. Jeśli arty­ści prze­sta­ną wyda­wać swo­je dzie­ła, nie będzie­my mie­li moż­li­wo­ści uzu­peł­nia­nia swo­ich zbio­rów. I koło się zamyka.

Jestem muzy­kiem i nie chciał­bym docze­kać chwi­li, gdy będę zmu­szo­ny pra­co­wać wyłącz­nie „dla idei”, a nie jestem wol­ny od grze­chu i posia­dam cał­kiem pokaź­ny zbiór pli­ków muzycz­nych nie­le­gal­nie sko­pio­wa­nych z Inter­ne­tu. I mogę bić się w pier­si i roz­dzie­rać sza­ty, ale nie zmie­ni to fak­tu, że jest to moje narzę­dzie pra­cy i ten zbiór jest mi zwy­czaj­nie nie­zbęd­ny. Bez tego nie potra­fił­bym osią­gnąć takie­go sta­nu wie­dzy jaki mam dzi­siaj, nie odna­la­zł­bym takich arty­stów jak Eva Cas­si­dy, Dia­na Krall, Vic­tor Wooten czy Jaco Pasto­rius. Ich doko­na­nia rzad­ko poja­wia­ją się w ofi­cjal­nej sprze­da­ży, a nawet gdy­by były dostęp­ne, był­bym nie­wy­dol­ny finan­so­wo chcąc legal­nie skom­ple­to­wać cały mój zbiór.

Ist­nie­je więc mil­czą­co akcep­to­wa­ny dycho­to­micz­ny kon­stans i nie widać na razie moż­li­wo­ści wyj­ścia z tej sytu­acji. Jed­no jest pew­ne: muzy­ka w Inter­ne­cie była, jest i będzie, nato­miast do roz­wią­za­nia pozo­sta­je kwe­stia praw­na. Sam opu­bli­ko­wa­łem w sie­ci kil­ka wła­snych „pro­duk­cji” i jest mi napraw­dę miło gdy widzę, że ludzi inte­re­su­je to co robię, że słu­cha­ją muzy­ki któ­rą two­rzę, cie­szą mnie ich opi­nie i komen­ta­rze. Jed­nak czy ich życz­li­we uwa­gi nie zmie­ni­ły­by się na zja­dli­we, gdy­bym nagle za moje dzie­ła zażą­dał od nich pieniędzy?

Awan­gar­da jest siłą napę­do­wą prze­mian. Gdy­by nie ist­nie­li arty­ści prze­ła­mu­ją­cy ist­nie­ją­ce kon­wen­cje, sztu­ka nie mia­ła­by racji bytu. Jeże­li na histo­rię sztu­ki spoj­rzeć wła­śnie w ten spo­sób, to oka­że się, że każ­dą epo­kę wyprze­dza­li awan­gar­do­wi twór­cy, któ­rzy, wyszy­dza­ni i lek­ce­wa­że­ni, dopro­wa­dza­li do rewo­lu­cji w dzie­dzi­nie sztu­ki któ­rą repre­zen­to­wa­li. Naj­bar­dziej efek­tow­ny­mi wol­ta­mi zmian cie­szy­ła się zawsze muzy­ka, w któ­rej rewo­lu­cji doko­ny­wa­no śred­nio raz na pół wieku.

Cza­sy współ­cze­sne to jed­nak nie jed­na, lecz olbrzy­mia ilość nie­wiel­kich rewo­lu­cji. Począw­szy od 1900 roku jeste­śmy świad­ka­mi powsta­wa­nia setek nowych gatun­ków muzycz­nych, któ­rych już nawet nie spo­sób skla­sy­fi­ko­wać. W kon­se­kwen­cji nastę­pu­ją pró­by łącze­nia nowo powsta­łych tren­dów, szcze­gól­nie ela­stycz­ny i podat­ny na tego rodza­ju ope­ra­cje jest jazz. Ist­niał już mariaż jaz­zu z sze­ro­ko poję­tym roc­kiem (idea zapro­po­no­wa­na i reali­zo­wa­na przez wiel­kie­go awan­gar­dzi­stę jaz­zu – Mile­sa Davi­sa), któ­ry prze­ro­dził się w nową for­mę zwa­ną fusion, czy też popu­lar­ny w Pol­sce tzw. „trze­ci nurt” łączą­cy jazz z muzy­ką wysoką.

John Col­tra­ne

Takie podej­ście zaowo­co­wa­ło też powsta­niem w latach sześć­dzie­sią­tych dwu­dzie­ste­go wie­ku gatun­ku new jazz (lub free jazz), za któ­re­go ojców uwa­ża się powszech­nie Joh­na Coltrane’a i Ornet­te Cole­ma­na, a któ­ry cha­rak­te­ry­zo­wał się bar­dziej meta­fi­zycz­nym niż tech­nicz­nym trak­to­wa­niem muzy­ki, odwo­ły­wał się do reli­gii, filo­zo­fii i este­ty­ki. Pozwa­lał też na wyjąt­ko­wą dowol­ność w dobo­rze środ­ków uży­wa­nych do two­rze­nia tej szcze­gól­nej for­my muzycz­nej. Takie zało­że­nia dopro­wa­dzi­ły do łącze­nia się jaz­zu z róż­ny­mi inny­mi gatun­ka­mi, począw­szy od muzy­ki etnicz­nej, a na tech­no skoń­czyw­szy. Ostat­nio w niszo­wym świe­cie muzycz­nym obser­wu­je się wyraź­ny powrót do idei nowe­go jaz­zu, co jest spo­wo­do­wa­ne lawi­ną nowych idei arty­stycz­nych. I tak powsta­je połą­cze­nie jaz­zu z hip ‑hopem, house, tran­ce, ambient, tech­no i Bóg wie z czym jesz­cze. Taka mie­sza­ni­na impli­ku­je coraz bar­dziej pogłę­bia­ją­cy się cha­os, tym więk­szy, że nawet ter­mi­no­lo­gia nie jest usys­te­ma­ty­zo­wa­na (np. czę­sto nazy­wa się nowy jazz house swin­giem, co nie jest jed­no­znacz­ne poję­cio­wo, lub uży­wa się sur­re­ali­stycz­nie brzmią­cych nazw, jak np. jazz-pop-rock-ambient-vir­tu­al-dub-ska)

Pod­sta­wą nowe­go jaz­zu jest prze­rzu­ce­nie har­mo­nii, sty­lu i impro­wi­za­cji jaz­zo­wych na grunt inne­go gatun­ku muzycz­ne­go, oraz poda­nie tego wszyst­kie­go w mrocz­nej, tajem­ni­czej otocz­ce misty­cy­zmu, tak cha­rak­te­ry­stycz­nej dla form niszo­wych. Bar­dzo dobre rezul­ta­ty daje połą­cze­nie jaz­zu z hip — hopem i trip — hopem; to się da nawet tań­czyć. Nie­co bar­dziej powścią­gli­we jest połą­cze­nie jaz­zu z ambien­tem i muzy­ką elek­tro­nicz­ną (oczy­wi­ście w rozu­mie­niu gatun­ku, a nie tech­nik wyko­naw­czych), dając w efek­cie nie­co blu­eso­wy, zadu­ma­ny, a jed­no­cze­śnie peł­nie brzmią­cy dźwięk. Dla­cze­go jazz? Zapew­ne dla­te­go, że jest to muzy­ka boga­ta we wła­sne war­to­ści, moc­no ela­stycz­na w zakre­sie rodza­ju apa­ra­tu wyko­naw­cze­go, umie­jęt­no­ści wyko­naw­cy, a tak­że, co dla nas naj­waż­niej­sze, łatwo pod­da­ją­ca się mody­fi­ka­cjom. Uży­wa­jąc współ­cze­sne­go języ­ka, moż­na było­by stwier­dzić, że jazz jest „kom­pa­ty­bil­ny”. Nic więc dziw­ne­go, że free jazz zna­lazł wie­lu kon­ty­nu­ato­rów, któ­rzy nawet w obec­nych cza­sach sta­ra­ją się mik­so­wać z jaz­zem róż­ne gatun­ki. Oso­bi­ście nie jestem prze­ko­na­ny co do połą­czeń jaz­zu z tech­no, trance’em, house czy dan­ce, ale mam w sobie wie­le podzi­wu dla inwen­cji twór­ców tych mie­sza­nek. Nie mogę rów­nież nie zauwa­żać, jakie wra­że­nie robią takie mik­stu­ry na publicz­no­ści dys­ko­tek i miło­śni­ków club­bin­gu. Pla­sti­ko­wa tan­de­ta jaka jest im od ład­nych paru lat ser­wo­wa­na widocz­nie się znu­dzi­ła (i tak dłu­go wytrzy­ma­li) i z dużym entu­zja­zmem pod­cho­dzą do takich wytwo­rów nur­tu nowe­go jazzu.

Naj­waż­niej­szy­mi przed­sta­wi­cie­la­mi tego gatun­ku są: John Zorn, Ken Van­der­mak, John Sco­field, Joe Gal­li­van, a tak­że w pew­nym zakre­sie Miles Davis i Her­bie Han­cock. Arty­ści ci w swych pro­jek­tach nawią­zu­ją zarów­no do naj­now­szych tren­dów muzycz­nych, jak i do osią­gnięć awan­gar­do­wych kom­po­zy­to­rów muzy­ki wyso­kiej (Anton Schön­berg, Alban Berg, John Cage). Nuty z gatun­ku new jazz cie­szą się ostat­nio nie­spo­ty­ka­ną popu­lar­no­ścią, że wspo­mnę choć­by St. Ger­ma­in czy sce­nę wie­deń­ską z Kru­de­rem i Dorf­me­iste­rem na cze­le. Cie­ka­wie na tle nowe­go jaz­zu pre­zen­tu­ją się wyso­kiej kla­sy instru­men­ta­li­ści: trę­ba­cze Mark Isham i Dave Douglas, per­ku­si­sta Paul Motian, czy sak­so­fo­ni­sta David Mur­ray. Sze­ro­kiej publicz­no­ści te nazwi­ska mówią nie­wie­le, lub zgo­ła nic, a szko­da, ponie­waż ich osią­gnię­cia są wyso­kie, a doro­bek impo­nu­ją­cy. Cóż, prze­kleń­stwo sce­ny niszo­wej. Nie­mniej jed­nak na sce­nach świa­to­wych gatu­nek free jaz­zu jest widocz­ny, zdo­by­wa coraz więk­szą popu­lar­ność i być może wyrwie się z „arty­stycz­ne­go under­gro­un­du” i wypły­nie na znacz­nie szer­sze wody.

Bar­dzo cie­ka­wie przed­sta­wia się sytu­acja nowe­go jaz­zu w Pol­sce, ponie­waż nasz wkład w tej dzie­dzi­nie jest bar­dzo cenio­ny przez euro­pej­skich i ame­ry­kań­skich arty­stów. Mało się o tym mówi publicz­nie, a szko­da, bo nie­wie­le jest rze­czy w naszym kra­ju uzna­nych na całym świe­cie. Sce­nę nowe­go jaz­zu w Pol­sce two­rzą for­ma­cje o roz­ma­itym rodo­wo­dzie muzycz­nym. Część twór­ców roz­po­czy­na­ła karie­rę w zespo­łach roc­ko­wych, hardcore’owych czy reg­gae, inni zaczy­na­li w kli­ma­tach bar­dziej klu­bo­wych. Róż­ne jest więc podej­ście do tema­tu. Muzy­cy z zespo­łu Robo­to­bi­bok trzy­ma­ją się for­muł jaz­zo­wych, widocz­ne jest u nich tak­że przej­ście przez fazę yas­su, pod­sta­wę u Robo­to­bi­bo­ka sta­no­wi nato­miast czę­sto pod­kład w sty­lu drum’n’bass. Ina­czej do nowe­go jaz­zu pod­cho­dzi DJ S.W.I.M., któ­ry korzy­sta z wie­lu roz­ma­itych sam­pli, co jest prak­ty­ką raczej klu­bo­wą. Inni przed­sta­wi­cie­le gatun­ku w Pol­sce to m.in. Tran­syl­wa­nia, Mem­bra­na, Ścian­ka, Kil­la Famil­la. Nie moż­na oczy­wi­ście też pomi­nąć fak­tycz­ne­go twór­cy nur­tu free jaz­zu w Pol­sce, czy­li Toma­sza Stań­ki. O nowy jazz ocie­ra­ją się tak­że nowe pro­jek­ty for­ma­cji Woj­cie­cha Waglew­skie­go, czy­li Voo Voo. Mię­dzy­na­ro­do­wy cha­rak­ter pol­skie­go nowe­go jaz­zu kształ­tu­ją roz­ma­ite pro­jek­ty i kon­cer­ty (np. ber­liń­ski pro­jekt „Jaz­za­no­va” two­rzo­ny przez sze­ściu muzy­ków remik­su­ją­cych jazz; ich ulu­bio­nym mate­ria­łem jest jazz pol­ski, a hitem na fir­mo­wa­nych przez nich impre­zach jest utwór „Poda­ruj mi tro­chę słoń­ca” for­ma­cji Bem i Bek). Innym przy­kła­dem jest udział pol­skich muzy­ków w gru­pach zagra­nicz­nych („Cine­ma­tic Orchestra”).

Cecil Tay­lor

Co pre­dys­po­nu­je dane­go twór­cę, aby zakwa­li­fi­ko­wać go jako gra­ją­ce­go nowy jazz? Czy jest to sto­pień poja­wia­nia się w utwo­rach muzycz­nych moty­wów kwa­li­fi­ko­wa­nych jako jazz? A może naj­mniej­szy nawet zsam­plo­wa­ny dźwięk trąb­ki? Czy arty­stą gra­ją­cym free jazz jest Fisz? Smo­lik? Urszu­la Dudziak? Nie­moż­li­we sta­ło się pre­cy­zyj­ne okre­śle­nie gra­nic nowe­go jaz­zu, a to z powo­du zatra­ce­nia pro­por­cji (ile dziś mamy hip — hopu w jaz­zie, czy ile jaz­zu w hip — hopie). Jak już wspo­mnia­łem wcze­śniej, zagma­twa­na jest tak­że ter­mi­no­lo­gia. Czy z free jaz­zem moż­na utoż­sa­mić całą niszo­wą pro­duk­cję? Oba­wiam się, że nie­któ­rzy mogą dojść do takiej kon­klu­zji, a to już bar­dzo nie­bez­piecz­ne. Nie­bez­piecz­ne może oka­zać się dopro­wa­dze­nie muzy­ki w ogó­le, a muzy­ki niszo­wej w szcze­gól­no­ści do momen­tu w któ­rym oka­że się, że nie­moż­li­wa jest jaka­kol­wiek sys­te­ma­ty­ka, co z kolei dopro­wa­dzi do prze­kła­mań i pro­pa­go­wa­nia pod szyl­dem dobrej, rze­tel­nej twór­czo­ści nawet wyjąt­ko­we­go kiczu. Jed­nym sło­wem, post­mo­der­nizm — tak, cha­os – nie.

Zagro­że­nie nad­cią­ga tak­że z innej stro­ny. Jesz­cze nie­daw­no, bo w latach osiem­dzie­sią­tych, nagra­nie utwo­ru wyma­ga­ło umie­jęt­no­ści, przy­go­to­wa­nia i kosz­tow­nych urzą­dzeń reje­stru­ją­cych. Dziś wystar­czy posia­da­nie śred­niej kla­sy kom­pu­te­ra i odpo­wied­nie­go opro­gra­mo­wa­nia. I każ­dy może stać się twór­cą. Nawet nie­umie­jęt­nie skom­po­no­wa­ne (z ogrom­ną nie­chę­cią uży­wam tego sło­wa) i nie­prze­my­śla­ne utwo­ry mogą zostać przy­go­to­wa­ne przy pomo­cy kil­ku klik­nięć mysz­ką, a dzię­ki popu­la­ry­za­cji urzą­dzeń wypa­la­ją­cych pły­ty CD sze­ro­ko roz­po­wszech­nio­ne. Korzy­sta­nie z dobro­dziejstw muzy­ki elek­tro­nicz­nej to jed­na z cech cha­rak­te­ry­zu­ją­cych nowy jazz, więc i to zagro­że­nie dla nie­go jest real­ne. Już teraz powsta­ją pro­duk­cje pod­szy­wa­ją­ce się pod muzy­kę niszo­wą (tak­że i free jazz), a tak napraw­dę miesz­czą­ce się w main­stre­amie i to tym z naj­niż­szej pół­ki. Może to ozna­czać, że wkrót­ce sta­nie­my przed dyle­ma­tem stwo­rze­nia „indek­su płyt zaka­za­nych”. Być może sto­imy przed kolej­nym prze­ło­mem w histo­rii muzy­ki. Albo tęsk­ni­my za inkwizycją.

Reasu­mu­jąc, nie­wąt­pli­wie dobrze było­by dla muzy­ki, aby nowy jazz trwał i ewo­lu­ował, tak jak to robi od lat bli­sko czter­dzie­stu. Jed­nak dla kre­atyw­ne­go wzro­stu tej gałę­zi koniecz­ne jest, żeby opie­ko­wa­li się nią spe­cja­li­ści, a nie ludzie trak­tu­ją­cy two­rze­nie muzy­ki jako prze­rwę w grze w Quake’a. Osta­tecz­nie jaka jest przy­jem­ność z słu­cha­nia jaz­zu, gdy pod­sta­wę ryt­micz­ną gene­ru­je auto­mat? Jak zachwy­cać się solów­ką, gdy jest to jedy­nie bito­wy zapis? Muzy­ka wyma­ga auten­tycz­no­ści, a tej nie­ste­ty nie zapew­ni nawet naj­bar­dziej per­fek­cyj­nie wyko­na­ny pro­gram kom­pu­te­ro­wy. Nowy jazz sta­no­wi szan­sę dla nowa­tor­skich idei, ponie­waż ist­nie­je już tak dłu­go, że praw­do­po­dob­nie jesz­cze tro­chę potrwa, nato­miast nikt za dzie­sięć lat nie będzie pamię­tał, że ist­niał taki gatu­nek jak rave czy elec­tro. W nowym jaz­zie takie efe­me­ry­dy otrzy­mu­ją szan­sę prze­trwa­nia. Nie prze­wi­du­ję szyb­kie­go spad­ku zain­te­re­so­wa­nia nowym jaz­zem. Wręcz prze­ciw­nie, od paru lat daje się zauwa­żyć wyraź­ny jego wzrost. Wyczer­pa­nia mate­ria­łu, z któ­re­go free jazz mógł­by czer­pać, tak­że nie widzę. Poja­wią się nowe tren­dy, nowe moż­li­wo­ści, nowe idee. Szko­da było­by ich nie wykorzystać.